Artykuł Piotra Majera "Zapomniana formacja".

Milicja Obywatelska » Źródła wiedzy » Artykuł Piotra Majera "Zapomniana formacja".

 

Zapomniana formacja (1)

 

 

Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego przyjął 7 października 1944 r. dekret, mocą którego została usankcjonowana działalność istniejącej już od blisko dwóch miesięcy nowej powojennej formacji o charakterze policyjnym, nazwanej Milicją Obywatelską. Jak dowiódł czas, stała się ona najdłużej działającą, jak dotąd, polską formacją przeznaczoną do ochrony tradycyjnie rozumianego porządku publicznego.

 

Wszystkie jej poprzedniczki, poza międzywojenną Policją Państwową, miały bowiem charakter epizodyczny, co wyrażało się albo w bardzo krótkim okresie ich istnienia, albo w ograniczeniu kompetencji do niewielkiego obszaru kraju. Milicja Obywatelska przetrwała natomiast 46 lat. Przestała formalnie istnieć, przekształcona w Policję 10 maja 1990 r., kiedy została opublikowana i weszła w życie ustawa o Policji, przyjęta przez Sejm 6 kwietnia tego roku.

 

Milicja Obywatelska jest formacją po części zapomnianą. Mimo że w jej szeregach służyło wielu czynnych jeszcze zawodowo obecnych policjantów, to wzmianek o niej jest jak na lekarstwo. Jeśli w publicystyce pojawiają się nawiązania do polskich tradycji policyjnych, to są zdominowane przez teksty dotyczące Policji Państwowej II Rzeczypospolitej, czemu sprzyja Święto Policji powiązane z rocznicą utworzenia tej formacji.

 

Z Milicją Obywatelską, jak niemal z wszystkimi organami i instytucjami związanymi z minioną rzeczywistością ustrojową, powiązana jest dwubiegunowość ocen. W pracach publikowanych przed polskim przełomem była uznawana za niezbędną część aparatu państwa, wykonującą właściwie swoje powinności, a występujące uchybienia traktowano jako marginalne i powiązane z błędami indywidualnymi. W funkcjonującym równolegle tzw. drugim obiegu wydawniczym, jak również w publicystyce ostatniej dekady, ocena ta była diametralnie odmienna. Milicja była bowiem postrzegana nie tyle jako organ powołany do egzekwowania porządku prawnego oraz ładu publicznego, co przede wszystkim jako część aparatu państwowego ustanowionego przez partię komunistyczną i przez nią instrumentalnie wykorzystywanego.

 

Zarysowane w największym uproszczeniu, choć realnie funkcjonujące, w pełni odmienne oceny Milicji Obywatelskiej, odwoływały się w dużym stopniu do społecznych stereotypów odnoszonych do tej formacji, nieuniknionego kontekstu politycznego obecnego w pracach publikowanych szczególnie przed 1989 r., jak i po tej dacie, a także kojarzenia milicji z jej powinnościami nie tyle incydentalnymi, co jednak nie pierwszoplanowymi i powszechnymi. Dla jej apologetów uzasadnieniem właściwego wypełniania przez nią obowiązków i roli w państwie był więc udział w tzw. walkach o utrwalenie władzy ludowej - po słusznej stronie i z elementami indywidualnych tragedii; materialny wkład w dzieło odbudowy kraju; spełnienie obowiązku w okresach napięć i konfliktów społecznych, również z elementami indywidualnych tragedii; działalność prospołeczna wyrażana przez funkcjonariuszy oraz poszczególne ogniwa organizacyjne. Jej antagoniści niektóre z tych "cnót" uznawali i uznają za podstawowe wady, uzupełniając je ponadto krytyką rozwiązań o charakterze ustrojowym, czyniących z milicji organ w pełni podporządkowany sprawującej władzę partii. W cieniu tych ustaleń, niejako na ich marginesie, pozostawały kwestie co najmniej równie znaczące dla oceny Milicji Obywatelskiej. Jej zdolności do przeciwdziałania klasycznej przestępczości kryminalnej oraz określanej popularnie mianem pospolitej, istniejących realnie od pierwszych dni funkcjonowania nowej państwowości, prowadzenia efektywnego procesu wykrywczego w związku z popełnionymi przestępstwami, a także zapewnienia porządku publicznego, rozumianych w sposób uniwersalny, bez ideologicznych obciążeń. Te trzy obszary powinności są przynależne każdej formacji policyjnej - a Milicja Obywatelska była w istocie jej socjalistyczną wersją, i one w największym stopniu - z racji codzienności obowiązków, jeśli nie decydują, to powinny znacząco ważyć na ocenie tej części aparatu administracyjnego każdego państwa.

 

Wobec konieczności dokonania wyboru prezentowanej tematyki uznałem, że w pierwszym tekście wywołanym rocznicą, wyjaśnienia wymagają przede wszystkim przyczyny i okoliczności zwłoki w formalnym powołaniu MO.

 

Współcześnie część środowisk kombatanckich, skupionych głównie w Stowarzyszeniu "Rodzina Policyjna 1939", zamierza zwrócić się z apelem do właściwych władz o uchylenie dekretu PKWN z 15 sierpnia 1944 r., mocą którego rozwiązana została Policja Państwowa, pod zarzutem współpracy z okupantem (anonsowała to w nr. 33 "Gazeta Policyjna", w tekście "Apel o prawdę i pamięć"). Zdaniem wnioskodawców, koronny zarzut był nieprawdziwy i okrył niezasłużoną niesławą ich najbliższych. Po 60 latach od tych wydarzeń należy zgodzić się z tą opinią oraz z treścią wniosku. Aby być w zgodzie z historią, nie należy jednak zapominać, że w okresie okupacji ocena ta była znacznie bardziej skomplikowana, a jednym z tego dowodów było zakwestionowanie przez wszystkie dosłownie ugrupowania polityczne możliwości pełnienia służby w niepodległej Polsce przez Policję Państwową. W tym celu w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego zbudowano Państwowy Korpus Bezpieczeństwa liczący około 10 tys. zaprzysiężonych członków oraz Straż Samorządową - ponad czterokrotnie liczebniejszą, jako aparat policyjny przyszłego, odbudowanego państwa. Jakkolwiek by to dzisiaj brutalnie brzmiało, dla Policji Państwowej miejsca nie przewidziano, przygotowując w związku z tym projekt dekretu - noszący datę 26 listopada 1943 roku, o rozwiązaniu tej formacji. Zawierał on również dyspozycje adresowane do jej funkcjonariuszy, z których część miała zostać poddana weryfikacji (szerzej "Przegląd Policyjny" 1991, nr 2, materiał autorstwa J. Paśnika).

 

Skoro ugrupowania i struktury uznające autorytet rządu londyńskiego nie widziały możliwości kontynuowania służby w niepodległej Polsce przez Policję Państwową, to jest oczywiste, że identyczne stanowisko zajmowała Polska Partia Robotnicza, reprezentująca nurt komunistyczny. Zasygnalizowała to po raz pierwszy w tzw. deklaracji marcowej z 1943 r. przez sformułowanie oznajmiające, że w momencie wyzwolenia kraju zostanie zorganizowana Milicja Ludowa, co zostało potwierdzone w kolejnej deklaracji tej partii z listopada tego roku. Dopełnieniem tych dyspozycji był fragment jednego z rozkazów dowództwa AL - z 24 marca 1944 r., głoszący, że policja granatowa z chwilą wyzwolenia musi być rozbrojona, a służbę bezpieczeństwa pełnić będą oddziały AL.

 

Trudno uwierzyć, ale wspomniane trzy niezmiernie ogólne dyspozycje stanowiły podstawową część wypracowanego przez PPR koncepcyjnego pomysłu przyszłych organów porządkowych. Jeszcze bardziej mizerny był stopień przygotowania do materializacji tej idei, a niezamierzonym tego świadectwem są opublikowane wspomnienia dowódców ugrupowań AL, którzy w "Polsce Lubelskiej" stali się pierwszymi komendantami wojewódzkimi MO. Zarówno dla G. Korczyńskiego, który objął to stanowisko w Lublinie (relacja w: "Takie były początki", Warszawa 1965) oraz F. Księżarczyka - w Rzeszowie (wspomnienia "Droga w ogniu", Warszawa 1972), formacja, w której od początku pełnili najważniejsze wówczas funkcje, była im na dobrą sprawę nieznana, a oni sami w przeddzień zmiany formacyjnego przydziału nie mieli świadomości czekających ich obowiązków. Podobna nieznajomość rzeczy cechowała wszystkich innych trafiających do formacji, łącznie z jej komendantem głównym F. Jóźwiakiem "Witoldem".

 

Polscy komuniści, z przyczyn powszechnie znanych, w okresie okupacji mieli dwa ośrodki dyspozycyjne. Drugi z nich, w postaci Związku Patriotów Polskich i Centralnego Biura Komunistów Polskich działających w ZSRR, również nie pominął w dokumentach programowych spraw związanych z organizacją i działalnością szeroko rozumianego aparatu przymusu, przy czym zaprezentowane rozwiązania były jeszcze bardziej ogólne i fragmentaryczne niż te, które były autorstwa PPR. Jednak niekwestionowanym wkładem tego środowiska w dzieło budowy nowego aparatu było użycie terminu Milicja Obywatelska, jako nazwy własnej nowej formacji porządkowej. Z perspektywy czasu okazało się, że nie była to najlepsza rekomendacja dla tej formacji.

 

W momencie utworzenia PKWN, co nastąpiło w Moskwie 21 lipca 1944 r., siły komunistyczne miały bardzo mglistą i niejednorodną koncepcję organów policyjnych nowego państwa. Słabość ta uwidoczniła się w przyjętym 27 lipca 1944 r. dekrecie O ustanowieniu Milicji Obywatelskiej, który z formalnoprawnego punktu widzenia był niezbędny, gdyż w miejsce rozwiązywanej formacji porządkowej - Policji Państwowej, ustanawiał nową, nie dopuszczając tym samym do zerwania ciągłości w wypełnianiu zadań porządkowych przypisanych każdemu państwu. Ale był to w zasadzie jedyny atut tego aktu normatywnego, gdyż od strony merytorycznej był on nieprzyzwoicie lakoniczny, jak na normę odnoszącą się do formacji o bardzo rozległych uprawnieniach - liczył dosłownie 5 krótkich artykułów. Najważniejszą zapisaną tam decyzją było uczynienie z tworzonej MO organu rad narodowych - również nowej instytucji w strukturze organów państwowych.

 

Przyjęty w tym dekrecie ustrojowy model aparatu represji został zakwestionowany przez środowisko komunistów, którzy okres okupacji spędzili w ZSRR. W ich przekonaniu, wzorowanym na praktyce obowiązującej w tym kraju, rola podstawowa w aparacie represji powinna przypaść organom bezpieczeństwa, obcym polskiej tradycji, formacja porządkowa natomiast powinna być ich uzupełnieniem. Stąd też dekret o ustanowieniu MO przyjęty 27 lipca nie został wprowadzony w życie, mimo że pierwotnie zamieszczono go w Dzienniku Ustaw z 15 sierpnia, oznaczonym jako nr 2. Cały nakład Dz.U. zniszczono, a jego nowa edycja nie zawierała już przedmiotowego uregulowania. Tym samym tereny administrowane przez PKWN zostały w sensie formalno--prawnym pozbawione formacji, do której obowiązków należało zwalczanie przestępczości oraz zapewnienie porządku publicznego.

 

Nowa ustrojowa formuła Milicji Obywatelskiej została usankcjonowana dopiero 7 października 1944 roku, kiedy PKWN przyjął drugą wersję dekretu o MO. Najważniejsza korekta w stosunku do poprzedniego unormowania zawarta była w art. 1, czyniącym z milicji prawno-publiczną formację służby Bezpieczeństwa Publicznego oraz w art. 4 podporządkowującym ją kierownikowi Resortu Bezpieczeństwa Publicznego. Jedynymi elementami osłabiającymi, w bardzo nieznaczny sposób, podporządkowanie milicji aparatowi bezpieczeństwa było zachowanie funkcji komendanta głównego MO, który zgodnie z dyspozycją art. 5 był mianowany i zwalniany przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, choć na wniosek kierownika Resortu Bezpieczeństwa Publicznego.

 

Dekret z 7 października, co oczywiste w świetle jego zapisów, wprowadził zupełnie odmienną pozycję MO w systemie organów władzy, od sygnalizowanej w okresie okupacji przez PPR. Zmiana nazwy z Milicji Ludowej na Obywatelską wśród tych innowacji miała znaczenie najmniejsze. Podstawowa wiązała się z odejściem od koncepcji (bardzo lakonicznej, niemniej zdefiniowanej i podtrzymywanej) organu porządkowego jako formacji zdecentralizowanej, podporządkowanej władzom samorządowym na rzecz formacji scentralizowanej, wchodzącej w skład państwowego aparatu administracyjnego. Model ten obowiązywał ponad pół wieku i stąd zakorzenił się na tyle mocno w świadomości społecznej, że nowe rozwiązania charakterystyczne dla państwa demokratycznego, zawierające elementy decentralizacji organów policyjnych i ich powiązania z władzami samorządowymi, torują sobie drogę z pewnym trudem. Jest to, jak można ocenić, nieuświadomiona spuścizna praktyki ustrojowej wprowadzonej 7 października 1944 r.

 

PIOTR MAJER

 

 

 

 

 

Zapomniana formacja (2)
Tajni współpracownicy MO w latach 1945-1956

 

 

Jeszcze kilka lat temu, w apogeum nastrojów lustracyjnych, tytuł podobny do powyższego mógł zwiastować wiele różnych niecnych rzeczy, poza najbardziej prozaiczną, jaką jest dążenie do zbadania zjawiska, pozostającego w zainteresowaniu różnych kręgów i środowisk społecznych. Obecnie, gdy lustracja straciła nieco na atrakcyjności, problem tajnych współpracowników można uznać za mniej kontrowersyjny. Należy zaznaczyć, że wszystkie materiały, jakie wykorzystano w tym artykule, zostały odtajnione i pozostają w zasobach Instytutu Pamięci Narodowej. Wyjaśnienia wymagają ponadto ramy czasowe uwag. Zamknięto je na 1956 r. wyłącznie dlatego, że taka była granica penetracji archiwalnej podjętej w związku z przygotowaniem monografii MO. Autor nie wyklucza jednak kontynuowania tych badań, co być może pozwoli na poznanie tego zjawiska w latach następnych.

 

Milicja Obywatelska, jak każda tego rodzaju służba, od początku uznawała sieć tajnych współpracowników, za jedno z najważniejszych narzędzi wspomagających jej działania. Rzecz w tym, że dość długo przekonanie to miało charakter głównie deklaratywny. W milicji budowanej od przysłowiowego zera po prostu nie było funkcjonariuszy, którzy znaliby najbardziej nawet elementarne zasady pracy z tajnymi współpracownikami. Równie poważną przeszkodą był brak jakichkolwiek unormowań regulujących tę sferę działalności, gdyż świadomie nie odwoływano się do spuścizny międzywojennej. Przysłowiowe szydło wyszło z worka przy pierwszej próbie zweryfikowania tej kategorii współpracowników, co nastąpiło w marcu 1949 r. na specjalnie zwołanej odprawie z udziałem ówczesnego ministra bezpieczeństwa publicznego S. Radkiewicza. Zabierający wtedy głos komendanci wojewódzcy MO z dość rozbrajającą szczerością informowali o rezultatach zarządzonej weryfikacji tajnych współpracowników, w czym niewątpliwie pierwszeństwo przypadło komendzie stołecznej MO, której reprezentant przyznał, że: "Wydział Służby Śledczej Komendy MO m.st. Warszawy sieci tej rzeczywiście nie posiada. Powodem tego jest w pierwszym rzędzie fakt, że do werbunku byli dopuszczeni ludzie, którzy potem zostali z szeregów MO wyrzuceni i zdekonspirowali całą robotę informacyjno-agenturalną".

 

W innych komendach wojewódzkich MO akcja weryfikacyjna nie przyniosła aż tak drastycznych skutków, niemniej liczba wyeliminowanych współpracowników świadczyła, że przy ich pozyskiwaniu preferowano głównie ilość, jaka mogła być wykazywana w sprawozdaniach. Komendant wojewódzki z Wrocławia, zaznaczył np., że do momentu weryfikacji jego jednostka dysponowała blisko 3000 informatorów, a po jej przeprowadzeniu pozostało około 250. Podobne proporcje miały miejsce w województwie szczecińskim, gdzie spośród 774 zwerbowanych informatorów ponad 500 zostało wyeliminowanych.

 

Doświadczenia, głównie negatywne, związane z prowadzeniem działań operacyjnych przez milicję, zostały spożytkowane w instrukcji o organizacji sieci informacyjnej, wprowadzonej w połowie 1949 r. Wyróżniono wówczas trzy kategorie sieci informacyjnej, identyfikowane jako agenci, informatorzy oraz osoby zaufane. Ci ostatni, w myśl zapisów instrukcji, mieli być: "(...) podstawowym źródłem informacji o wszelkiego rodzaju przestępstwach, wykroczeniach oraz o nastrojach politycznych poszczególnych warstw ludności na wsi i w mieście". Do realizacji tego zamierzenia osobom zaufanym odebrano atrybuty klasycznych tajnych współpracowników, zabraniając przede wszystkim potwierdzania i formalizowania z nimi współpracy za pomocą pisemnych zobowiązań. Ponadto nie wymagano od nich składania pisemnych informacji, preferując ustne rozmowy, które funkcjonariusz był obowiązany dokumentować w formie notatki służbowej. Osoby zaufane, w myśl owych dyspozycji, były więc postrzegane jako ideowi sojusznicy nowego ustroju, którzy mieli dawać wyraz tym przekonaniom również w formie dobrowolnej współpracy z aparatem ścigania, traktowanej w kategoriach obywatelskiego obowiązku.

 

Nowy sposób zdefiniowania osoby zaufanej i motywów jej dyskrecjonalnego współdziałania z aparatem represji - niemal altruistycznych, a także wyeliminowanie pisemnych śladów i dowodów współpracy, miały prowadzić do neutralizowania społecznych oporów, co do tego rodzaju wsparcia udzielanego milicji. Było też dogodnym pretekstem do ponownego wykorzystywania w roli współpracowników milicji, członków PZPR, jako że rok wcześniej zakazano ich werbowania. Wynikało to z przekonania, że współpracę taką powinni oni podejmować z pobudek ideowych, a nie zachęcani bądź przymuszani innymi argumentami, zazwyczaj dla nich kompromitującymi.

 

Sposób funkcjonowania budowanej od nowa sieci tajnych współpracowników milicji, a także wyobrażenie o zasięgu penetracji społeczeństwa przy jej udziale, szef resortu bezpieczeństwa publicznego, wspomniany S. Radkiewicz, wyjaśnił podczas kolejnej odprawy z udziałem kadry kierowniczej milicji w maju 1949 r. Przybliżając i rekomendując wprowadzany system zauważył wtedy: "W całym kraju nie powinno być ani jednego bloku domów, ani jednej gromady, ani jednego zakładu, w którym nie tkwiłaby nasza osoba zaufana, która jest podstawową formą naszej sieci. Jeżeli, analizując pewne przestępstwa, potrafimy zlokalizować ich miejsce działania, ewentualnie przebywania, wówczas werbujemy tam informatorów. Jak dochodzimy do tego, że ustalamy pewną grupę przestępczą, to wówczas nasadzamy w jej gronie agenta. Taka jest ogólna gradacja naszej sieci. Jedna forma nie może wykluczać drugiej, ani też zastępować".

 

Wspomniany zakaz formalizowania współpracy z osobami zaufanymi, w tym szczególnie ich rejestrowania, nie pozwala na poznanie społecznej skłonności do wspomagania aparatu represji w tej formie. Nie byłyby też zasadne w tej sprawie spekulacje, gdyż płynność pojęcia osoby zaufanej i w pełni subiektywny sposób takiego jej identyfikowania powodują, że jakiekolwiek wyliczenia, nawet najbardziej szacunkowe, nie miałby jakichkolwiek racjonalnych podstaw. Wykazy i sprawozdania dotyczące dwóch podstawowych kategorii tajnych współpracowników - agentów i informatorów, potwierdzają, że podnoszone wcześniej zarzuty dotyczące bardzo słabego rozpoznania środowiska przestępczego tą drogą nie były gołosłowne. Z danych z września 1949 r. wynikało bowiem, że milicja dysponowała w tym czasie zaledwie 15 najbardziej wartościowymi jednostkami sieci, czyli agentami, a byli oni na kontakcie tylko w 5 województwach. Pozostałe jednostki tego szczebla, a także KG MO, nie potrafiły pozyskać żadnego współpracownika tej kategorii.

 

Informatorzy, definicyjnie słabiej związani z kręgami przestępczymi, a więc i mniej wartościowi z profesjonalnego punktu widzenia, w tym czasie występowali w liczbie 4992. Byli pozyskani przez wszystkie jednostki szczebla wojewódzkiego, poza komendami stołeczną i miejską w Łodzi. Nie dysponowała nimi również KG MO. Ich rozmieszczenie terytorialne było w miarę zrównoważone, poszczególne jednostki wykazywały bowiem od 200 do 400 informatorów. Odbiegała od tej przeciętnej - z naddatkiem - liczba informatorów pozyskanych przez komendy wojewódzkie MO w Kielcach i Szczecinie, gdzie było ich ponad 500, oraz przez komendę wojewódzką MO we Wrocławiu, dysponującą tylko 94 współpracownikami tej kategorii.

 

W kolejnych latach liczba pozyskanych tajnych współpracowników wykazywanych przez poszczególne jednostki MO ulegała systematycznemu zwiększeniu, aż do 1954 r. Przyrost ten obejmował zarówno agentów, jak i informatorów, przy czym ci ostatni pozostawali kategorią dominującą. Największą ich liczbę - 12 946, odnotowano w 1953 r.

 

Spośród trzech organizacyjnych poziomów milicyjnej struktury podstawową częścią informatorów dysponowały komendy powiatowe. W sierpniu 1954 r. - według jednego ze sprawozdań - na 11137 milicyjnych współpracowników tej kategorii, aż 10208 pozostawało na kontakcie jednostek szczebla powiatowego, 907 szczebla wojewódzkiego, a tylko 22 współpracowało z funkcjonariuszami KG MO. Nieco inne proporcje dotyczyły agentów. W tym samym sierpniu 1954 r., spośród wykazanych wówczas 225 agentów, podstawowa ich część, bo 157 była pozyskana przez funkcjonariuszy komend wojewódzkich MO. Pozostali przez funkcjonariuszy KG MO - 27 agentów, oraz komend powiatowych MO - 41 agentów.

 

Podejmując problemem tajnych współpracowników milicji, trudno nie pokusić się o jego odniesienie do podobnego zjawiska związanego z działalnością aparatu bezpieczeństwa. Według ogłoszonych w 2003 r. bogatych danych faktograficznie na ten temat - przez pracownika IPN T. Ruzikowskiego - aparat ten był bardziej efektywny w pozyskiwaniu współpracowników niż milicja. W 1950 r. miał ich na tzw. kontakcie 57 332, a w latach następnych, aż do 1953 r. ich liczba nieustannie wzrastała, osiągając wtedy wielkość 85 333 osób. "Załamanie" tej tendencji przyniósł 1956 r., kiedy liczba tajnych współpracowników aparatu bezpieczeństwa spadła do 36 085; milicja wykazywała ich wtedy 4 293.

 

Brak oczekiwanej skuteczności ze strony sieci konfidencjonalnej MO i inne liczne uchybienia z nią związane spowodowały przeprowadzenie kolejnej akcji weryfikacyjnej. Rozpoczęto ją w sierpniu 1954 r., a w jej wyniku wyeliminowano 8613 współpracowników, co w ujęciu procentowym oznaczało straty sięgające 75 proc. Spośród jednostek terenowych największego uszczerbku doznała KW MO w Olsztynie, gdzie wyeliminowano 94,5 proc. agentury. Następne w kolejności komendy wojewódzkie MO w Łodzi, Bydgoszczy i Poznaniu straciły odpowiednio 92,5 proc., 86,1 proc. oraz 85,9 proc. współpracowników. W momencie zakończenia akcji w sieci pozostało 2750 dotychczasowych współpracowników, wśród których było 131 agentów oraz 2619 informatorów. Pozostawali na kontakcie komend powiatowych MO - 2247 współpracowników oraz komend wojewódzkich MO - 503 współpracowników. Spośród dwóch ówczesnych podstawowych pionów merytorycznych korzystających z sieci przewagę miał pion do walki z przestępczością gospodarczą dysponujący wówczas 1828 współpracownikami, gdy pion do walki z przestępczością kryminalną zachował ich 922.

 

Przybliżona akcja weryfikacyjna została przeprowadzona w okresie dla formacji specyficznym. Zainicjowano ją bowiem w momencie, gdy milicja była podporządkowana aparatowi bezpieczeństwa publicznego, natomiast zakończono już po przekształceniu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, co pociągnęło uszczuplenie jego kompetencji. Trudno stwierdzić, na ile te decyzje wpłynęły na przebieg akcji weryfikacyjnej sieci współpracowników MO - w rezultatach radykalnej. Nie można jednak nie dostrzec ich wzajemnego związku.

 

Organizacja sieci współpracowników milicji w nowej podległości organizacyjnej postępowała dość opieszale, jeśli mierzyć ten proces oczekiwaniami kierownictwa formacji i resortu spraw wewnętrznych. Co prawda jeszcze w 1955 r. pozyskano 762 nowych konfidentów, wśród których status agenta otrzymało 131 z nich, ale w 1956 r. ten przyrost był już mniejszy - wynosił 447 zwerbowanych. W sumie na koniec tego roku milicja miała zarejestrowanych ponad 4500 tajnych współpracowników, z czego 350 o wyższym statusie agenta. Odwilż popaździernikowa wraz z pozorami osłabienia roli organów represji, przyniosły jednak jeszcze jedną weryfikację tajnych współpracowników - tym razem nie dekretowaną, a mającą cechy procesu naturalnego, polegającego na spontanicznym zerwaniu współpracy przez osoby do niej przymuszone. W rezultacie na koniec 1957 r. milicja wykazywała posiadanie 3439 konfidentów, z czego 285 o statusie agenta i 3154 informatora.

 

Działalność operacyjna, w tym z wykorzystaniem tajnych współpracowników, jest prowadzona przez wszystkie służby i formacje o charakterze policyjnym, choć powszechnie uznaje się ją za co najmniej kontrowersyjną moralnie. Dezaprobata ta wynika z tajności działania, normatywnych regulacji mających cechę poufności, korzystania z sposobów, metod i technik, dyskredytowanych przez niemal wszystkie społeczności. Mimo to jest uznawana za rodzaj mniejszego zła, co jest decydującym argumentem w legalizowaniu jej przejawów w na gruncie prawa, jak i przyzwolenia społecznego.

 

O właściwym wykorzystaniu tego bardzo kontrowersyjnego narzędzia decydują niemal wyłącznie walory moralne funkcjonariuszy uprawnionych do prowadzenia takiej działalności, gdyż kontrola społeczna i prawna jest ze zrozumiałych powodów bardzo ograniczona. Kondycja moralna funkcjonariuszy milicji w latach pięćdziesiątych, a w ślad za tym i formacji, była niezmiernie daleka od oczekiwanej przeciętnej. Jeśli więc szukać przyczyn licznych uchybień w pracy operacyjnej, a w tym prowadzonej z udziałem tajnych współpracowników - diagnozowanych w samej formacji, to ta była najważniejsza i decydująca. Milicjanci w większości bez elementarnego wykształcenia i przeszkolenia zawodowego, podlegający dużym fluktuacjom kadrowym, kształtowani w duchu nietolerancji wobec różnej maści przeciwników, nie byli bowiem w stanie zrozumieć istoty narzędzia, którym się posługiwali. Werbowano więc nie w sytuacji, gdy zawiodły inne środki, ale by wypełnić narzucany przez ogniwa centralne limit pozyskań, korzystać z funduszu operacyjnego, czy tworzyć klimat aktywnego i skutecznego pracownika operacyjnego co sprzyjało awansom. Liczba tajnych współpracowników była więc po każdej akcji weryfikacyjnej odtwarzana.

 

PIOTR MAJER

 

 

 

Zapomniana formacja (3)
Zbrojne ramię partii?

 

 

Walka zbrojna, jaka miała miejsce w Polsce w pierwszych latach po II wojnie światowej i do której przylgnęło określenie, że była toczona o utrwalenie władzy ludowej, pozostaje do dzisiaj jednym z najbardziej emocjonalnych problemów, obecnych w tej postaci nie tylko wśród jej kombatantów, powielających w organizacjach ich grupujących dawne podziały, ale i w świadomości społecznej, publicystyce i literaturze naukowej. Milicja Obywatelska była wyraźną stroną w tej konfrontacji. Do 1989 r. było to dla formacji powodem do oficjalnego uznania, a funkcjonariuszom dawało miano kombatanta. W słuszności wyboru utwierdzała wydawana w dużych nakładach literatura przedmiotu, prezentując i uzasadniając racje władzy ludowej i jej stronników. Po transformacji ustrojowej ocena tego zaangażowania zmieniła się. Miano utrwalacza nabrało znaczenia jednoznacznie pejoratywnego, tytuł kombatanta przestał przysługiwać, a literatura przedmiotu dyskredytowała ten rodzaj zaangażowania.

 

W tak zwięzłym tekście nie sposób odnieść się - nawet pobieżnie, do tego niezmiernie skomplikowanego problemu. Dowodem może być niedawna debata parlamentarna toczona w związku z próbą nowelizacji ustawy o kombatantach, zmierzającej do przywrócenia tych uprawnień części osób, którym zostały odebrane; w tym m.in. milicjantom. Potwierdziła bowiem ciągle niezmiernie emocjonalny stosunek do tego zagadnienia i odporność każdej ze stron przedmiotowego sporu na argumenty adwersarzy; nowelizacja notabene nie przeszła.

 

 

 

 

W okresie PRL, jeden z podstawowych argumentów uzasadniających traktowanie milicjantów jako kombatantów - poza racjami politycznymi, był wiązany ze stratami osobowymi, jakie ta formacja poniosła w latach 1944-1948. W celu upamiętnienia poległych oraz zobrazowania wielkości tych strat, w 1971 r., pod szyldem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, została opublikowana Księga Pamięci poległych funkcjonariuszy SB, MO i ORMO, w której wymieniono 4018 poległych milicjantów. Powagę i rzetelność tej publikacji podważało jednak inne wydawnictwo ówczesnego MSW, tyle że oznaczone jako tajne, w którym liczbę poległych w tej grupie zawodowej oceniono na 2673 osób; a więc znacząco mniejszą niż podana oficjalnie. Różnica ta w wykazach sporządzonych na przestrzeni dwóch lat jest trudna do zinterpretowania, przede wszystkim dlatego, że autorzy i wydawcy Księgi Pamięci nie zamieścili w niej informacji dotyczących metodologii gromadzonych danych oraz sposobów ich weryfikacji. Bardziej precyzyjni byli autorzy wspomnianego wydawnictwa oznaczonego jako tajne, wskazując, że wykazy powstały na podstawie zasobów archiwalnych ówczesnego MSW, a także zostały skonfrontowane z ustaleniami Zakładu Historii Partii.

 

Odnalezione ostatnio przez autora tych uwag zestawienia poległych sporządzone przez odpowiednie ogniwa kadrowe MO, pozwalają stwierdzić, że obydwa wskazane zestawienia, były na swój sposób rzetelne, przy czym ich autorzy posługiwali się odmiennymi założeniami wyjściowymi. Zespół redakcyjny Księgi przyjął założenie, że każdy zgon niemający charakteru naturalnego, był konsekwencją ówczesnego konfliktu zbrojnego. Za poległych uznawano więc również ofiary nieszczęśliwych wypadków - w tym z bronią oraz innych podobnych zdarzeń. Trudno uwierzyć, ale liczba funkcjonariuszy, którzy stracili życie w takich okolicznościach, równała się niemal stratom poniesionym w wyniku toczonej bezpośrednio walki. To wyjaśnia przyczyny zasygnalizowanej rozbieżności. Wydawnictwo ocechowane jako tajne za ofiary walk uznało wyłącznie poległych w starciach zbrojnych. Można w związku z tym przyjąć, że straty, jakie w takich okolicznościach poniosła milicja, oscylowały wokół 2000 funkcjonariuszy.

 

Próbując odnieść się nieco bardziej ogólnie do poniesionych strat osobowych wśród milicjantów - a jest to trudne i niezręczne chociażby ze względu na szacunek dla każdego życia ludzkiego - należy zasygnalizować, co najmniej dwie, dość banalne prawdy. Po pierwsze, milicja, od początku budowana jako formacja o określonej barwie politycznej, wobec powojennego rozwoju sytuacji nie mogła uniknąć strat osobowych. Po drugie, jej funkcjonariusze - szczególnie z posterunków gminnych - byli najłatwiejszym celem. Innych reprezentantów nowych władz lub z takimi utożsamianych, nie wyróżniał mundur bądź też ich podstawowym miejscem pracy były miasta, niestanowiące środowiska naturalnego dla oddziałów o charakterze partyzanckim. Dla wojska również uczestniczącego w walkach, pewną naturalną ochronną barierą był z kolei koszarowy tryb życia oraz działanie w jednostkach taktycznych.

 

Powojenne podziemie zbrojne w relacjach z milicją musiało rozstrzygać podobny dylemat, jaki niewiele wcześniej był udziałem struktur Polskiego Państwa Podziemnego, w określeniu stanowiska wobec Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa, współpracującej z niemieckim okupantem. Czy formację taką i jej funkcjonariuszy, powiązanych z wykonywaniem powinności niezbędnych, niemniej stanowiących część nieakceptowanego i nieprzyjaznego aparatu administracyjnego, uznać za rodzaj mniejszego zła, dając tym samym przyzwolenie dla jej funkcjonowania, czy też przyjąć, że taki rodzaj zaangażowania nie znajduje usprawiedliwienia, również z pełnymi tego konsekwencjami.

 

Faktyczne istnienie tego dylematu, niezbyt czytelnego w źródłach bezpośrednich, można dostrzec w relacjach spisanych przez samych milicjantów, dostrzegających odmienne stanowisko podziemia - przynajmniej w początkowym okresie - wobec poszczególnych części aparatu administracyjnego państwa. Za podstawowego przeciwnika postrzegało ono bowiem aparat bezpieczeństwa publicznego, siły NKWD, a także PPR jako strukturę polityczną. Stosunek do milicji był bardziej zróżnicowany, a przynależność do niej chroniła niekiedy - szczególnie w początkowych miesiącach walk - przed utratą życia, choć niekoniecznie od innej kary - np. chłosty czy pozbawienia broni. Ta ogólna prawidłowość znajduje potwierdzenie w ustaleniach, jakie poczynił i zaprezentował Bolesław Dereń, autor pracy o Józefie Kurasiu "Ogniu". Odwołując się w niej do zgromadzonych świadectw, stwierdził w charakterystycznie zatytułowanej części "Uderzenie w ludzi umacniających reżim komunistyczny", że ten powojenny "król Podhala", traktowany przez historiografię PRL jak uosobienie zła, na ogół uważał milicję za: "(...) instytucję potrzebną państwu i społeczeństwu, bo miała ona zajmować się pilnowaniem porządku i tępić pospolitych złodziei i bandytów, których na Podhalu nie brakowało. I stąd początkowo nie kierował przeciw nim wrogich kroków, tym bardziej że wielu milicjantów sprzyjało jego poczynaniom. Dopiero później, gdy do służby sprowadzono nowych ludzi spoza powiatu i oni dowiedli chęci walki z 'leśnymi', wtedy takich mniej oszczędzano".

 

Podobną ewolucję wobec milicji podziemie zbrojne przechodziło również na innych terenach, do czego nieuchronnie prowadziło coraz szersze wykorzystywanie formacji porządkowej do działań zbrojnych, a z drugiej będąca tego konsekwencją, dekompozycja struktur konspiracyjnych. Organizacje zhierarchizowane mają bowiem zdolność oddziaływania na postawy swoich członków, to struktury luźne, pozbawione takiego spoiwa, działające na własną rękę, tworzą swoje systemy wartości, coraz bardziej tolerancyjne dla siebie samych, surowsze natomiast w stosunku do przeciwnika. Stąd też z niemal każdym upływającym tygodniem stopień tolerancji ugrupowań konspiracyjnych dla milicjantów malał. Początkowe rozterki i wahania dotyczące miejsca milicji w strukturze aparatu nowej władzy oraz jej społecznej niezbędności, były bowiem przesłaniane ponoszonymi stratami, powodującymi chęć odwetu. Milicjanci zaczęli więc ginąć nie tylko w związku z podejmowanymi czynnościami, ale w wyniku świadomie, z taką intencją planowanych akcji, zmierzających do ich fizycznej eliminacji. Charakterystycznym tego przykładem była zasadzka pod Okalewem w powiecie Rypin w lipcu 1947 r., kiedy to zginęło trzynastu milicjantów i funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, natomiast sześciu dalszych zostało rannych. Nie brakowało naturalnie podobnych przykładów okrucieństwa, z ofiarami po drugiej stronie.

 

Milicja Obywatelska, w pierwszych powojennych latach, była popularnie określana mianem użytym w tytule rozdziału. Co charakterystyczne, do tego samego określenia odwoływali się i sprawujący władzę, i opozycyjne kręgi społeczeństwa, co nie oznaczało naturalnie jakiejkolwiek zbieżności poglądów.

 

Milicja, niezależnie od trafności etykietowania jej różnymi epitetami, była istotnym segmentem powojennego aparatu represji, użytym również do zbrojnego zwalczania organizacji konspiracyjnych sprzeciwiających się powojennym realiom politycznym. Próbując jednak niuansować rolę spełnianą przez poszczególne części składowe tego aparatu, należałoby stwierdzić, że nie jej przypadała ta najważniejsza. Zbrojnym ramieniem partii, a tym samym i państwa, były bowiem w początkowym okresie wojska NKWD, które pełniły tę rolę co najmniej do końca 1945 roku. Stopniowo, od maja 1945 r., były zastępowane w tej roli przez Wojsko Polskie, które po zakończeniu działań wojennych, w niemal pełnym składzie osobowym, zostało skierowane na wewnętrzny front walki. Jego podstawowym partnerem były urzędy bezpieczeństwa publicznego, które utrzymując się w powojennym słownictwie i porównaniach, należałoby nazwać tropicielami partii bądź też jej oczami i uszami. Milicja nie była z całą pewnością aż tak znaczącym narządem czy instrumentem; w dodatku wielokrotnie dość zawodnym. Jej rola zaczęła wzrastać dopiero wraz ze stabilizowaniem się sytuacji, po faktycznym rozbiciu podziemia zbrojnego, czego orientacyjną cezurę wyznacza amnestia z lutego 1947 r., zakończona w kwietniu tego roku. Milicja odtąd stawała się podstawowym pomocnikiem aparatu bezpieczeństwa, zmieniając w tej roli wycofywane do koszar wojsko. Nowe uwarunkowania i cele polityczno-ustrojowe, a w tym przede wszystkim przebudowa stosunków własnościowych oraz uspołecznianie procesów wytwórczych, zmieniały jednak rodzaj oczekiwanej od pomocnika sprawności, czemu milicja i w tym wypadku nie była w stanie w pełni sprostać.

 

 

 

PIOTR MAJER

 

 

 

 

 

Zapomniana formacja (4)
MO w walce z przestępczością kryminalną

w pierwszych latach powojennych

 

 

Milicja Obywatelska, mimo że była organizowana jako swoista antyteza Policji Państwowej, formalnie miała powielać jej podstawowe powinności, do których zaliczano ochronę bezpieczeństwa, spokoju i porządku publicznego oraz dochodzenie i ściganie przestępstw. Zadania te korespondowały wprost z kształtowaną strukturą organizacyjną milicji, w składzie której wyróżniono służbę zewnętrzną odpowiedzialną za ochronę bezpieczeństwa i porządku publicznego, oraz służbę śledczą, której domeną było dochodzenie i ściganie przestępstw.

 

Największa trudność w rzetelnym odniesieniu się do tego ostatniego zjawiska - jego skali i efektów przeciwdziałania - wynika z właściwości ówczesnego państwa, które penalizowało tymi samymi narzędziami normatywnymi i ścigało przy pomocy tych samych organów nie tylko naruszenia prawa typu kryminalnego, ale i te z pobudek politycznych. Współcześnie powoduje to wiele trudnych do przezwyciężenia kłopotów z precyzyjnym rozróżnieniem rodzajów naruszeń prawa, a tym samym przypisaniem ich sprawców bądź do ofiar systemu, bądź do środowiska przestępczego, co jest fundamentalną różnicą w ocenie.

 

Wysoki stan zagrożenia przestępczością kryminalną w pierwszych powojennych latach - nieuchronny na skutek przesłanek obiektywnych - nie znajduje potwierdzenia w statystycznym obrazie przestępczości sporządzanym przez MO. Według jej sumarycznych danych, w 1945 r. miało zostać popełnionych tylko 265 962 przestępstw, z następującą kodeksową kwalifikacją: zabójstwo dokonane - 8411, dzieciobójstwo - 98, rozbój - 26 471, uszkodzenie ciała - 10073, fałszerstwo - 2796, oszustwo - 1272, kradzież - 121 729, nierząd - 2549. Co charakterystyczne, wedle tej samej statystyki, zagrożenie przestępczością w kolejnych dwóch latach nieznacznie, ale systematycznie malało. W 1946 r. odnotowano popełnienie 239954 przestępstw, w 1947 r. - 227175 przestępstw. Odwrócenie tej tendencji nastąpiło dopiero w 1948 r., kiedy odnotowano 229 432 przestępstwa. W 1949 r., liczba czynów zabronionych miała wynieść 244 516.

 

Zasygnalizowany sceptycyzm wobec przedstawionych wielkości wynika głównie z ich odniesienia do statystycznego obrazu przestępczości ostatnich lat II Rzeczypospolitej. Policja Państwowa odnotowywała bowiem wówczas - według dostępnych danych - o ponad 200 proc. przestępstw więcej, co w liczbach bezwzględnych wyrażało się następującymi wielkościami: w 1935 r. przyjęto zawiadomienie o popełnieniu 593 988 przestępstw, w 1936 r. - 597779, w 1937 r. - 586409, w 1938 r. - 545905.

 

Mimo niewątpliwej nierzetelności powojennej statystyki przestępczości kryminalnej, w sensie globalnym, daje ona pogląd na strukturę przestępstw, która nie różniła się nadmiernie od występującej w okresie międzywojennym. Najpowszechniejszym przestępstwem była kradzież na szkodę osób prywatnych, których odnotowywano rocznie w granicach 100 000. Ze względu na przedmiot kradzieży bądź sposób jej dokonania wyróżniano 5 najbardziej charakterystycznych jej form w postaci: kradzieży mieszkaniowej, kradzieży kieszonkowej, kradzieży kasowej, kradzieży środka lokomocji oraz kradzieży koni i bydła. Cztery pierwsze formy dominowały, co oczywiste, w miastach, gdy piąta dotyczyła niemal wyłącznie terenów wiejskich. Zabór mienia - statystycznie około 15 000 zdarzeń - połączony był z włamaniem. Dotyczyło to w całości kradzieży kasowych, których liczba bezwzględna była jednak niewielka. Podstawowa część kradzieży z włamaniem była dokonywana do mieszkań prywatnych - około 50 proc., oraz komórek i strychów - około 36 proc. Pozostałe określano jako do innych pomieszczeń, wśród których znajdowały się też kościoły - rocznie około 0,8 proc., co oznaczało około 100 takich czynów.

 

Biorąc pod uwagę straty materialne, jakie ponosili okradzeni, najbardziej dotkliwą formą tego przestępstwa była kradzież z włamaniem; poszkodowani wykazywali szkody wynoszące około 170 mln zł w skali roku. W wyniku działalności wykrywczej milicji poszkodowani odzyskiwali przeciętnie ponad 10 proc. utraconych dóbr, co wyrażane wartościami bezwzględnymi równało się 22 mln zł. W statystycznie 40 proc. takich zdarzeń ich sprawcami byli zawodowi włamywacze, o czym świadczyły używane przez nich narzędzia - nożyce do cięcia metali, lewarki - oraz metody. Pozostałe włamania przynosiły mniejsze straty i były określane jako prymitywne. Dotyczyło to w największym stopniu włamań do komórek i strychów, dokonywanych przez urwanie kłódek czy wybicie szyb.

 

Drugą co do wielkości kategorię stanowiły tzw. przestępstwa urzędnicze. Odnotowywano ich ok. 20 000 rocznie i kwalifikowano z reguły z odwołaniem się do dwóch paragrafów art. 286 ówczesnego k.k. Jeden z nich odnosił się do niedopełnienia przez urzędnika obowiązków, przez co szkodę poniósł interes publiczny lub prywatny. Drugi wyczerpywał znamiona klasycznego zjawiska korupcji. Inne przestępstwa urzędnicze występowały rzadziej - blisko 500, co stanowiło 3 proc. całości. Szkody materialne poniesione w ich wyniku były zbliżone do odnotowywanych w wyniku kradzieży i wynosiły ok. 150 mln zł. Niższa była wartość odzyskanych strat, bo szacowano ją na około 5 mln zł, co równało się 3 proc. utraconych korzyści.

 

Trudną do rozpoznania kategorią przestępstw były czyny określane jako nierząd, których motywem były zachowania seksualne. Rocznie milicja wykazywała ich około 2000, co było liczbą znacząco zaniżoną wobec faktycznie zaistniałych. Wśród zgłaszanych czynów o takim charakterze połowa dotyczyła zgwałceń. Pozostałe były kwalifikowane jako nierząd z nieletnimi, stręczycielstwo, sutenerstwo. Z nierządem nieodmiennie powiązana była prostytucja. Milicja informowała o około 2000 kobiet zajmujących się tym procederem zawodowo. Zastrzegano jednakże, że liczba ta była znacząco zaniżona, gdyż rejestrowano w zasadzie jedynie prostytutki powiązane ze środowiskiem przestępczym bądź dokonujące przestępstw.

 

Równie trudnym problemem była walka z żebractwem i włóczęgostwem, które to zjawisko było zwalczane nie tylko z pobudek ideologicznych, ale również jako stanowiące czynnik kryminogenny. I w tym wypadku milicja, co sama przyznawała, nie miała rzetelnego rozeznania o skali problemu. Próbując go konkretyzować, podawano np. że rocznie w skali kraju zatrzymywano około 9000 takich osób. Ich skupiskami były duże aglomeracje, a znaczna ich część wywodziła się z byłych więźniów, którzy po odbyciu kary nie mogli znaleźć stałego zatrudnienia i miejsca zamieszkania.

 

Pozakodeksową, niemniej procentowo znaczącą, kategorią czynów przestępczych były te określane mianem chuligańskich. Takim określeniem identyfikowano zachowania dezorganizujące życie społeczne. Rocznie milicja kwalifikowała w ten sposób ponad 35000 zdarzeń, przy czym dotyczyło to tylko poważniejszych wybryków.

 

Nasilająca się od końca lat czterdziestych ideologizacja życia społeczno-gospodarczego, a w ślad za tym działalności całego aparatu państwowego, nie ominęła również tak specyficznego zjawiska, jak przestępczość kryminalna. W ocenie kierownictwa milicji, także w świecie przestępczym - co nie było wówczas oryginalnym spostrzeżeniem - miał bowiem dokonać się jakościowy przewrót w stosunku do lat międzywojennych. Wtedy przestępczość, jak interpretowano to zjawisko, miała być konsekwencją masowego bezrobocia, wyzysku i nędzy, a także stosunków społecznych wykluczających możliwość zdobycia wykształcenia i pracy. Ponieważ w powojennej Polsce plagi te miały zostać zlikwidowane, przestępczość musiała mieć inne źródła i charakter. Wiązano je - co również było intelektualnym standardem - z moralnym rozkładem warstw kapitalistycznych i obszarniczych, które nie akceptując dokonujących się przemian wybierały drogę przestępczą.

 

Ideologizacja środowiska przestępczego i przestępstwa - na co z pewnością nie zasługiwały - niosła z sobą, co również było nieuniknione, upolitycznienie procesu wykrywczego. W jego nowej formule, charakterystycznej dla państwa uznającego za wartość naczelną konflikt klasowy z jego konsekwencjami, działania dochodzeniowo-śledcze, i operacyjne, miały przynieść w efekcie nie tylko ujęcie sprawcy, ale przede wszystkim wykazać klasową, polityczną ocenę i kontekst każdego przestępstwa kryminalnego oraz jego sprawcy. To miała być rękojmia sukcesu w walce z tym zjawiskiem, a efektem, jeśli nie całkowite wyeliminowanie go z życia społecznego, to takie zmarginalizowanie, by nie ważyło na procesach społecznych i wizerunku państwa socjalistycznego.

 

Przestępczość jako zjawisko okazała się odporna na próby ideologizacji, czego jednym ze świadectw była niemalejąca liczba czynów zabronionych przez kodeks karny. Od początku lat pięćdziesiątych rejestrowano je na podobnym poziomie - około 350 000 takich zdarzeń. Podobnie stabilnie wyglądała struktura przestępczości. Niezmiennie podstawowa część czynów zabronionych była skierowana przeciwko mieniu, przy czym o ile liczba kradzieży na szkodę osób prywatnych oscylowała stabilnie w granicach 100 000, to corocznie zwiększała się liczba kradzieży dokonywanych na szkodę gospodarki uspołecznionej, by w 1958 r. po raz pierwszy zdystansować tę "konkurencyjną kategorię". Odnotowano wtedy 107 677 kradzieży na szkodę gospodarki uspołecznionej, gdy na szkodę osób prywatnych 103 368.

 

Milicja w obszarze przestępczości kryminalnej - według własnych danych - również działała ze zbliżoną do uprzedniej skutecznością, wyrażającą się ujawnianiu około 60 proc. sprawców przestępstw. Charakteryzując całokształt pracy wykrywczej można podać, że np. w 1955 r. jednostki MO wszystkich szczebli przeprowadziły i zakończyły 365 150 spraw dochodzeniowo-śledczych z następującymi rezultatami: przekazały z aktami oskarżenia do sądu lub z wnioskiem o oskarżenie do prokuratury - 206 818 spraw, przekazały innym organom do dalszego prowadzenia - 3718, umorzyły z powodu niewykrycia sprawców - 139 644, umorzyły z innych przyczyn - 10 933, zawiesiły postępowanie wobec ukrywania się ustalonych sprawców przestępstw - 4037 spraw. W związku z tymi śledztwami zatrzymano 80 566 osób w charakterze podejrzanych, spośród których 24 554 zwolniono w ciągu 48 godzin; 3552 z braku dowodu winy, a 21 031 wobec odpowiadania z wolnej stopy. W stosunku do pozostałych 56 012 zatrzymanych prokuratorzy zastosowali areszt tymczasowy pod zarzutem dokonania: zabójstwa - 794 zatrzymanych, rabunku mienia społecznego - 384, rabunku mienia prywatnego - 1115, włamania do obiektów uspołecznionych - 3470, włamania do obiektów prywatnych - 1957, kradzieży mienia prywatnego - 7771, kradzieży mienia społecznego - 11 014, spekulacji 1624, chuligaństwa - 15 490, podpaleń obiektów uspołecznionych - 135, podpaleń obiektów prywatnych - 131, wypadków drogowych - 1636.

 

Ciężar pracy dochodzeniowo-śledczej spoczywał na komisariatach i komendach powiatowych MO, które w 1955 r. przeprowadziły odpowiednio 118412 oraz 117 227 postępowań. Posterunki MO, które wcześniej dominowały w tej działalności, zachowały w niej znaczący ilościowy udział - około 100000 postępowań - przy czym były to sprawy najprostsze. W projekcji koncepcyjnej zakładano, że w przyszłości wspólnie z komisariatami, miały być wyłącznie jednostkami służby zewnętrznej, a więc pozbawionymi uprawnień do prowadzenia takich czynności. Pozostałe śledztwa były realizowane przez komendy miast i komendy dzielnicowe MO - 26 317. Odpowiednie jednostki merytoryczne komend wojewódzkich MO i KG MO sprawowały głównie nadzór nad śledztwami prowadzonymi przez jednostki podporządkowane. Samodzielnie prowadziły 645 spraw uznanych za najpoważniejsze, co stanowiło 0,2 proc. całości pracy dochodzeniowo-śledczej prowadzonej przez milicję.

 

Działalność wykrywcza MO, prowadzona w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, w apogeum polskiego stalinizmu, jest trudna do syntetycznego zbilansowania i oceny zarówno z uwagi na brak niezależnych źródeł opisujących tę sferę rzeczywistości, jak i na systemowe kryminalizowanie zachowań społecznych, wyrażających w różnej formie dezaprobatę zarówno dla rozwiązań ustrojowych, jak i sposobów ich urzeczywistniania. Część owych kryminalizowanych z pobudek polityczno-doktrynalnych zachowań, jest możliwa do wyodrębnienia, penalizowały je bowiem tworzone ad hoc akty normatywne, głównie w postaci dekretów. W tym wypadku, w pełni "usługowa" funkcja prawa, a w ślad za tym i organów ścigania, wobec politycznego dysponenta jest więc czytelna i nie daje w zasadzie pola do interpretacyjnych spekulacji.

 

Odniesienie się do efektów działalności milicji w zwalczaniu typowej przestępczości kryminalnej nie daje takiego luksusu badawczego. Pod stosowanym powszechnie mianem chuligaństwa, którym określano rocznie około 30 000 czynów, kryły się zachowania o pełnych znamionach przestępczych w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, jak również nieaprobowane wyłącznie z powodu ich kontekstu politycznego. Tym samym mianem rozboju kwalifikowano klasyczne napady rabunkowe i dokonywane przez pozostające jeszcze w konspiracji grupy zbrojne, wywodzące się z podziemia niepodległościowego. Działaniem na szkodę gospodarki uspołecznionej były z jednej strony duże malwersacje gospodarcze i typowe zachowania korupcyjne, z drugiej zaś przywłaszczenia mienia państwowego o niewielkiej czy symbolicznej wartości; co nie rozgrzesza sprawców tych ostatnich, ale budzi sprzeciw stawianie ich w jednym, statystycznym wykazie z pierwszymi.

 

Precyzyjne, odpowiadające stanowi faktycznemu, rozróżnienie tej niezmiernie bogatej palety zachowań na ewidentnie kryminalne, bądź pozbawione tych cech, jest skazane na niepowodzenie. Dlatego, próbując określić poziom zagrożenia przestępczością kryminalną oraz skuteczność milicji w jej przeciwdziałaniu i zwalczaniu, można operować wyłącznie wartościami przybliżonymi, które zostały zaprezentowane. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie o granicę błędu w tych szacunkach. Wyrażam nadzieję, że próg tolerancji nie został w nich przekroczony.

 

 

PIOTR MAJER

GAZETA POLICYJNA NR 38 –  40 i 42 Z 2004r.